Jacek Magiera (POL) during Elite League U21 football match between Poland U20 and Netherlands U20 on 14 October 2019 in Kalisz, Poland.  (Photo by Foto Olimpik/NurPhoto via Getty Images) © NurPhoto via Getty Images | NurPhoto

"Sokrates". Nie tłumaczy, dlaczego, ale idzie dalej

Jacek Magiera zmarł w piątek, dziesiątego kwietnia w wieku 49 lat. Wyszedł pobiegać. Teraz wszyscy wspominają o książce "Szczęście czy fart". Krótkiej przypowieści, która w bardzo prosty sposób działa na wyobraźnię i opowiada o wartości pracy, determinacji nad zwyczajnym liczeniem na fuks. Że się po prostu uda. Jednak to nie była jedyna ważna książka w życiu Jacka - wspomina Michał Zachodny, dziennikarz TVP Sport.

Tekst po raz pierwszy ukazał się na Substacku Michała Zachodnego, republikujemy go dla czytelników WP Select. Honorarium autor przeznaczył na cele charytatywne. Bloga dziennikarza możesz zasubskrybować i obserwować tutaj: "Zachodny do tablicy".


Jasne, to ją najpierw sam kserował, "produkował", a potem zamawiał cały nakład. Ale o nim lepiej mówi inna lektura. "Wiesz, że jest nowe wydanie?", zaczepił kiedyś w siedzibie PZPN, gdy zajrzałem do jego biura.

Biuro było małe, ledwie mieściły się dwa stoły, komfortowo pracować mogły tam trzy osoby, choć jedna musiała odsuwać krzesło, gdy ktoś chciał otworzyć szafę. Dziś przypomina mi się pustka, gdy Jacek z dnia na dzień spakował się i wyjechał do Wrocławia, by objąć Śląsk. Z jednej strony cieszyłem się, bo przecież przejmował klub z mojego rodzinnego miasta, ale z drugiej… Do tego pokoju już drugi raz nigdy nie zajrzałem. Z ostatniej wizyty zostały tylko "cienie" po zawieszonych na ścianie zdjęciach wyjściowych jedenastek jego młodzieżowych reprezentacji, które poprowadził w poprzednich dwóch latach.

Wtedy pokazał mi książkę, choć ja kojarzyłem jej filmową adaptację. "Siła spokoju" Dana Millmana miała już kilkadziesiąt lat, pierwsze wydanie było w 1980 roku. Do Polski trafiła pod koniec lat 90., później stała się trudno dostępna, by w 2019 - roku mistrzostw świata do lat 20 - znów znaleźć się na półkach księgarni. On jak zawsze kupił i miał pod ręką trzy sztuki.

Dan Millman był gimnastykiem, mistrzem świata na trampolinie. Przed ostatnim rokiem na studiach, jadąc na motocyklu, zderzył się z samochodem osobowym. Groził mu brak sprawności, dochodził do siebie miesiącami, targany zresztą wieloma wątpliwościami i momentami słabości. Jego książka opowiada o tej drodze: od młodzieńczej, porywczej gwiazdy, która nie zna strachu, do człowieka odnajdującego sens w codzienności, doceniającego miejsce i czas, w którym się znajduje. I wyzwania, z którymi się mierzy.

Jednak to nie miało z Jackiem nic wspólnego. Jeśli ktoś się odnajdywał w tej historii, to bardziej młodzi ludzie, którym polecał lekturę - o ile przez nią przebrnęli. W końcu każdy z kimś, z czymś się kiedyś zderzył, jakoś rozpadły się jego marzenia, musiał szarpać się o swoje. Różniły się tylko przeszkody, wątpliwości.

Millman w swoim dziele zastosował jednak bardzo ciekawy zabieg literacki. Połączył wiele postaci ze swojego życia - tych, które pomogły mu odzyskać zdrowie, wrócić do sportu - w jednego mentora, z którym na różnych etapach walczy, zgadza się, kłóci… Aż wreszcie rozumie, co ma on mu do przekazania.

On, czyli "Sokrates", bo tak autor nazywa napotkaną postać. Kreuje go na mędrca, który w sposób spokojny i konsekwentny przekazuje mu swoje przemyślenia, pokazuje ścieżkę rozwoju i pomaga w zdobyciu wewnętrznego spokoju w swoim najtrudniejszym momencie. Mędrzec to może nawet niewłaściwe określenie. Dla Millmana "Sokrates" staje się mentorem.

Jeśli ktoś przeczytał "Siłę spokoju" po rekomendacji Jacka, to w nim widział swojego "Sokratesa".

Magiera: odpuszczenie Lewandowskiego to nie był zły ruch Legii

Zresztą po śmierci Jacka wiele osób powiedziało o nim właśnie tak: mój mentor. Nienachalny, ale zdecydowany. Zresztą miał jedną swoją odpowiedź na wszystko. Rzucał: "tylko spokój" i to na każdą okazję. Rozładowując napiętą sytuację żartem albo na poważnie przekazując zawodnikom, czego potrzebują na boisku.

Jako "Sokrates" potrafił obdzielić cię zaufaniem, wpuścić do swojego gabinetu i pozwolić ci przejrzeć wszystkie notatki, pamiętniki, raporty, ale też odciąć osobę, gdy wiedział, że nie uda się nadać na tych samych falach. Do kilku z tej drugiej grupy rzucił: "ty powinieneś zostać samodzielnym trenerem", jakby był to ostatni kop motywacji przed rozstaniem za porozumieniem stron.

Kiedyś w dyskusji sztabowej rzucił: "w żadnej książce nie napisali, że musimy się zgadzać". Nawet jeśli w swoim gronie często szukał właśnie tej zgodności. Zrozumienia bez słów, nawet oddania etosowi i sposobowi pracy. Nie musiało być zgody w każdym aspekcie, decyzji, ale musiało być zrozumienie, czemu coś się dzieje. Bo spójność stawiał nad wszystko. Gdy na inaugurację młodzieżowego mundialu jego drużyna przegrała 0:2, to on w naszym kierunku, do sztabu powiedział: "zero załamywania rąk, zero smutku, pretensji czy żalu. Uśmiech i pewność siebie, tylko to pokazujemy piłkarzom". I nie było w tym sztuczności, wręcz każdy przyjął ten przekaz z ulgą. Bo przed meczami nie trzeba było stosować metody "na huk" (krzycząc o tym, co i jak trzeba rywalowi zrobić), a po porażkach nie mogło być końca świata.

Co pisząc, przypominam sobie od razu trzy momenty, gdy to hasło "tylko spokój" drżało w posadach. W przerwie meczu kadry do lat 20 z Holandią, gdy na wyjeździe przegrywaliśmy 0:4 i to po pierwszej połowie. Wtedy, po kilku miesiącach, pierwszy raz usłyszałem, że potrafi krzyknąć. Z kolei na przerwę meczu z Tahiti w mundialu zbiegaliśmy z pozycji analityków nawet uspokojeni, że jest wysokie prowadzenie i szansa na więcej goli. Tymczasem Jacek był wściekły na mowę ciała i brak spójności zawodników. "Jak możesz w takim meczu i z takim rywalem pytać mnie, czy możesz pójść wyżej?!", grzmiał do jednego z piłkarzy. Wreszcie po porażce z Włochami w 1/8 finału. Nie wiem, czy załamanym młodym chłopakom były potrzebne z jego strony słowa o tym, że większość z nich już nigdy w żadnej reprezentacji nie zagra. Ale przecież mentor nie musi kolorować rzeczywistości, pocieszać na siłę. Czasem jego największą siłą jest prawda.

Łódź, 11.04.2026. Zawodnicy i kibice Widzewa Łódź minutą ciszy uczcili zmarłego wczoraj Jacka Magierę, drugiego trenera reprezentacji Polski przed meczem 28. kolejki piłkarskiej Ekstraklasy z Bruk-Bet Termaliką Nieciecza, 11 bm. (js) PAP/Marian Zubrzycki
Łódź, 11.04.2026. Zawodnicy i kibice Widzewa Łódź minutą ciszy uczcili zmarłego wczoraj Jacka Magierę, drugiego trenera reprezentacji Polski przed meczem 28. kolejki piłkarskiej Ekstraklasy z Bruk-Bet Termaliką Nieciecza, 11 bm. (js) PAP/Marian Zubrzycki © PAP | PAP/Marian Zubrzycki

Mało jest w tym futbolu, pewnie już zauważyliście. Ale to była moja ściana, z którą zderzyłem się po tym, jak Jacek otworzył przede mną drzwi do szatni. Chociaż w sztabie rozmawialiśmy o niuansach dotyczących taktyki, statystyk czy badań piłkarzy, to dla osoby wcześniej patrzącej z zewnątrz największym zaskoczeniem było to, ile jest tam debat o… człowieku. Jego charakterze, zachowaniach, konsekwencjach działań, cechach.

Jacek lubił powtarzać: "dobry czas".

Mogłeś przegrać dwa mecze, a on siadał na koniec zgrupowania i mówił: "dobry czas". Bo tyle się dowiedział, tyle zobaczył. A ile jeszcze się narozmawiał.

W sumie to chyba była największa lekcja, jaką od niego odebrałem: jaka jest siła rozmowy. On ciągle był z kimś umówiony zaraz na rozmowę lub był w jej trakcie, a z racji tak wielu rozmów czułeś, że ta z tobą to czas wyjątkowy. W sumie tak było od pierwszego spotkania w loży na stadionie Legii, krótko po 4:8 z Borussią w Dortmundzie. Pamiętam, że napisałem w korespondencji z Niemiec, że to wstyd w Lidze Mistrzów stracić tyle bramek. Pamiętam, że do tego się odwoływał w wywiadzie, ale nie wprost - i bardziej żartem, z typowym dla siebie uśmiechem. I że wraz z Bartkiem Kubiakiem dyskutowaliśmy o piłce, potencjale piłkarzy i wyzwaniach na równi: bo tak byliśmy przez niego traktowani.

Nie dziwię się, gdy w obliczu tragedii tak wielu z jego piłkarzy wspomina Jacka jako swojego mentora. Powtórzę się: każdemu w młodym wieku zdarza się wątpić, zderzyć z problemami i nie wiedzieć do końca, czy to, co się robi, ma sens lub podstawy. Ja też tak miałem, gdy nagle usłyszałem od niego pod koniec tego wywiadu, że "może spotkamy się kiedyś w jakimś sztabie". I gdy po kilkunastu miesiącach zadzwonił, gdy trafił do PZPN i kompletował sztab reprezentacji do lat 20. Jak myślicie, ile mogło to znaczyć dla teoretyka, który sam w siebie wątpił, że nagle może brać udział w dyskusjach o kształcie drużyny, a nawet przed nią prowadzić odprawę? Chociaż z mundialu nie wyszło nic wielkiego, to ja zakochałem się w futbolu na nowo. Od innej strony: sam zechciałem być trenerem, nawet jeśli na amatorskim poziomie.

I teraz wiem, że za dużo z tamtego sztabu kopiowałem, próbowałem przenieść wnioski, spojrzenie czy działania, które poznałem na swoją drużynę. Popełniałem błędy, frustrowałem się, a on, raz słuchając o moich rozterkach z B-klasy, nie mógł ukryć uśmiechu. "Co, spodobało ci się to trenowanie?", rzucił, niemal się dławiąc. Ale nigdy nie dawał odpowiedzi, jeśli już, to pytał. Gdy przypominam sobie wiele z naszych rozmów - krótszych i dłuższych, mniej lub bardziej poważnych - to wcale nie ja zadawałem pytania. Nie ja byłem tym ciekawskim, podtrzymującym dyskusję. Może część z was widziała dokument "Gramy dalej", który powstał z drogi do i z MŚ U-20 w 2019 roku. Tam są sceny z altanki w Uniejowie, gdzie Jacek przepycha się z Adrianem Gryszkiewiczem, a potem mówi coś prosto od siebie. Ale każdy miał głos. Każdy z drużyny. Siedzieliśmy tam dwie godziny, aż każdy powiedział o swoich obawach, trudnych momentach, wrażeniach. I co z tego, że nie dało to ostatecznie żadnego wyniku… Wiecie jaką wartością było dla tam obecnych, że zostali wysłuchani?

"NIE WIDZĘ ŻYCIA BEZ PIŁKI" | GRAMY DALEJ. Droga do młodzieżowego mundialu

A dziś kilka razy usłyszałem: musieliście być blisko.

Nieprawda. Ale i prawda. Taka bowiem była siła tych rozmów. Po nich czułeś z Jackiem bliskość. Czułeś efekt "mentoringu". Kiedyś zapytałem go, czy on czerpał wiedzę na temat wystąpień, wpływania na ludzi i pracy z nimi z książek czy konferencji. Powiedział, że nie, choć w jego domowej bibliotece nie brakowało lektur w tej tematyce. Teraz domyślam się, że pewnie najbardziej czerpał ze słuchania innych.

Tymczasem nie mogę powiedzieć, że ostatnio byłem z nim blisko. Spotkaliśmy się w Poznaniu na konferencji szkoleniowej w grudniu, przez ostatnie dwa, trzy lata wymieniliśmy kilka wiadomości. Wszystko było inne: głównie jego i moje miejsce pracy. Okoliczności. Ale gdy już się widzieliśmy, sporo było tego samego: jego żartów, wspólnych wspomnień z czasu spędzonego w sztabie. A to kolejne znajomości na lata. Rozmawiasz i za każdym razem wiesz, że znów nadajesz na tych samych falach.

Nie jestem w odosobnieniu i to w tej trudnej chwili bardzo buduje. Osób, które mogą powiedzieć lub usłyszeć, że były z Jackiem w bliskiej relacji, jest sporo. Tak zdecydowana większość traktowała te rozmowy, jego pytania. Nienachalny mentoring. Mogłeś nie odpowiadać na jego pytania, nie myśleć o odpowiedziach, nie szukać rozwiązań rzucanych przez niego problemów. Mogłeś. "Masz wybór", to też bardzo lubił powtarzać, niezależnie od kontekstu i sytuacji. A dziś każdy ma własne świadectwo tej relacji.

Ja wspominam swoje.

Gdy, po wstępnym zaproszeniu, z drżącą dłonią podałem mu dysk przenośny z własną propozycją działania w jego sztabie od strony medialnej i analitycznej. Gdy biegaliśmy po plaży w Gdyni w dniu losowania grup mistrzostw świata. Gdy w Holandii w spektakularny sposób przegrałem w jego ulubione "pięć sekund". Gdy poprosił, by przyjść o szóstej rano na boisko w Uniejowie, bo akurat miał grać z jednym z zawodników w siatkonogę i stwierdził, że przyda się towarzystwo. Gdy jechaliśmy z Gdańska do Wrocławia, z obserwacji na obserwację i ciągle gadaliśmy. I to na mnie zrzucił, że w przerwie zjedliśmy frytki. Gdy w drodze na konferencję prasową na stadionie w Łodzi wziął pod ramię Dominika Steczyka po porażce z Kolumbią i starał się dźwignąć, pocieszyć załamanego piłkarza.

Przepraszam, że zdradzę zakończenie: we wspomnianej lekturze "Sokrates" też nagle znika. Przeprowadza bohatera przez zmianę, pokazuje inne spojrzenie, rozbija to stare… Nie tłumaczy, dlaczego, ale idzie dalej.

Mimo to raz jeszcze sięgam po książkę Millmana. Dziś bardziej niż zwykle potrzebuję zrozumieć, czym jest, i odnaleźć go: ten spokój.

Wybrane dla Ciebie
Dolce &... brak Gabbany. Czy to koniec jednego z najsłynniejszych duetów w świecie mody?
Dolce &... brak Gabbany. Czy to koniec jednego z najsłynniejszych duetów w świecie mody?
Aż 11 BMW Art Carów na jednej wystawie. Trwają obchody 50. urodzin legendarnej serii aut
Aż 11 BMW Art Carów na jednej wystawie. Trwają obchody 50. urodzin legendarnej serii aut
LOT ze smakiem. Nowa zastawa z Manufaktury w Bolesławcu na połączeniach z Tokio
LOT ze smakiem. Nowa zastawa z Manufaktury w Bolesławcu na połączeniach z Tokio
Mocno selektywnie: o tym, gdzie zaczyna się WP Select
Mocno selektywnie: o tym, gdzie zaczyna się WP Select
Bezrękawnik puchowy, czyli warstwa, która robi całą robotę
Bezrękawnik puchowy, czyli warstwa, która robi całą robotę
Przez dwie godziny byłem klientem Astona Martina. Sprawdziłem, jak wygląda spełnianie marzeń
Przez dwie godziny byłem klientem Astona Martina. Sprawdziłem, jak wygląda spełnianie marzeń
Kiedy dzieło sztuki staje się nadsztosem. Deus Ex Machina i polska La Squadra stworzyły wyjątkowy wóz
Kiedy dzieło sztuki staje się nadsztosem. Deus Ex Machina i polska La Squadra stworzyły wyjątkowy wóz
Zadzwonił telefon od Roberta Lewandowskiego. Spytał o kluczową rzecz
Zadzwonił telefon od Roberta Lewandowskiego. Spytał o kluczową rzecz
O co ten cały hype z Hyroxem i jak wystartować w zawodach?
O co ten cały hype z Hyroxem i jak wystartować w zawodach?
Kacper Tomasiak dwa miesiące po gigantycznym sukcesie. "Recepta? Nauczyć się odmawiać"
Kacper Tomasiak dwa miesiące po gigantycznym sukcesie. "Recepta? Nauczyć się odmawiać"
"To jedyna słuszna droga". Pomazany Trener o mięśniach zbudowanych bez mięsa
"To jedyna słuszna droga". Pomazany Trener o mięśniach zbudowanych bez mięsa
"Boli, ale bramki nie opuszczę". Marcin Meller o dojrzewaniu, sensie życia i szkole, którą buduje w Etiopii
"Boli, ale bramki nie opuszczę". Marcin Meller o dojrzewaniu, sensie życia i szkole, którą buduje w Etiopii