Ernest Hemingway © Getty Images

Nie wszyscy znają tę historię. Trudno uwierzyć w pech Ernesta Hemingwaya

Aż trudno w to uwierzyć, ale to się wydarzyło naprawdę. Wybitny amerykański pisarz w odstępie dwóch dni był ofiarą wypadków kolejnych samolotów, które się rozbiły. Raz podczas lotu, drugim razem w trakcie startu. Przeżył, ale został poważnie ranny.

Światowej sławy powieściopisarz przeszedł do historii nie tylko literatury, ale również jako ten, który wyszedł cało z dwóch katastrof lotniczych. Matematycznie jest to prawdopodobieństwo bliskie zeru. Jemu się udało. Tak samo jak jego żonie.

Do pierwszego wypadku doszło 21 stycznia 1954 r. Hemingway, znany z zamiłowania do podróży i polowań, wybrał się na safari w Afryce ze swoją czwartą żoną. Była nią Mary Walsh. To z myślą o niej wpadł na pomysł niecodziennego prezentu – miał to być wspólny, niezapomniany lot niewielkim samolotem wokół Konga Belgijskiego.

Pisarz wynajął Cessnę – razem z pilotem. W trakcie lotu przed samolotem pojawiło się stado ptaków. Pilot, chcąc uniknąć zderzenia z ibisami, gwałtownie obniżył lot, klucząc między skałami. Cessna zahaczyła o druty telegraficzne. Samolot lądował awaryjnie na zupełnym pustkowiu – w dzikim buszu.

"To jedno z najbardziej niedostępnych miejsc w Ugandzie – zdominowane przez krokodyle, słonie, bawoły, lwy i inne grube zwierzęta, przy tym jedno z najpiękniejszych" – donosiła wówczas agencja Associated Press w depeszy na temat tej katastrofy.

Inne źródła podają, że Hemingway z żoną chcieli zrobić zdjęcie i nalegali, żeby pilot obniżył lot. Wtedy samolot zahaczył dziobem o druty. Pisarz, jego żona i pilot przeżyli dzięki temu, że samolot wylądował w gęstych zaroślach, które wyhamowały maszynę. Pilotowi nic się nie stało. Hemingway dostał wstrząśnienia mózgu, a jego żona miała połamane żebra.

Najgorsza była jednak noc. Cała trójka spędziła ją pod gołym niebem, nasłuchując z obawą odgłosów dzikich zwierząt. Na szczęście udało im się rozpalić ognisko, co skutecznie odstraszyło drapieżniki. Mieli też sprawną radiostację, przez którą nadawali sygnał SOS. W ich poszukiwaniach brały udział m.in. dwa samoloty, ale nie natrafili na wrak cessny.

Według niektórych źródeł rozbity samolot zauważył inny pilot, który przelatywał przypadkowo w pobliżu. Nie wszczął podobno alarmu, ponieważ uznał, że pasażerowie przeżyli i sobie poradzą.

Następnego dnia rano rozbitkom udało się zatrzymać przepływającą w pobliżu łódź i dotrzeć nią do najbliższej miejscowości.

Wiadomość o katastrofie samolotu z 55-letnim wówczas pisarzem na pokładzie bardzo szybko dotarła do mediów. Niektóre agencje poinformowały nawet o śmierci Hemingwaya, kiedy ten był już z żoną bezpieczny na pokładzie statku.

Wrak samolotu Ernesta i Mary Hemingwayów w Ugandzie
Wrak samolotu Ernesta i Mary Hemingwayów w Ugandzie © John F. Kennedy Library, Boston, MA. | Collection JFK-EHEMC

Na brzegu czekał na nich policjant i pilot kolejnego samolotu, który miał ich zabrać do szpitala w Entebbe. Hemingway ten kolejny lot, a właściwie jego próbę, zapamiętał do końca życia. Wszystko szło jak po grudzie. Najpierw trudno było im się pomieścić w małym samolocie, a potem jeszcze trudniej wystartować. Płyta prowizorycznego lotniska była tak nierówna, a samolot podskakiwał na każdej nierówności, że miał ogromne problemy, żeby wzbić się w powietrze.

W końcu samolot, niemal przy końcu pasa, oderwał się od ziemi, żeby po kilku sekundach runąć. Zapaliło się cieknące ze zbiornika paliwo. Pilot zdołał wybić nogą szybę i z żoną Hemingwaya wydostał się na zewnątrz. Gorzej miał pisarz, który był znany ze słusznej postury – miał 183 cm wzrostu i ważył ok. 90 kg. Niełatwo było mu opuścić płonącą kabinę. Nie udało mu się wyjść przez szybę i staranował drzwi.

Sławny pisarz doznał licznych obrażeń głowy. Był też poparzony i miał wewnętrzny krwotok. Lista urazów była dość długa: uszkodzona wątroba i śledziona, pęknięta prawa nerka, zmiażdżenie kręgów lędźwiowych, wstrząs mózgu, czasowa utrata słuchu. Ale żył. To było najważniejsze. Trafił do szpitala w Nairobi. I tam po raz drugi dowiedział się, że nie żyje. Taką informację o zgonie przyszłego noblisty podały niektóre agencje prasowe. Ukazały się nawet nekrologi, które Hemingway potem zachował na pamiątkę i trzymał w swoim albumie. Leżąc w łóżku, delektował się także licznymi wspomnieniami o sobie. Po dwóch dniach agencje prasowe sprostowały nieprawdziwe informacje o jego rzekomej śmierci.

W niektórych relacjach można było przeczytać, że Hemingway wchodził do szpitala, trzymając w jednej ręce kiść bananów, a w drugiej butelkę ulubionego ginu. Według niektórych świadków był w dobrym humorze. Żartował nawet, że kiedy za pierwszym razem nocowali w buszu, niedaleko wraku samolotu, jego żona "miała tak głośno chrapać, że przyciągała słonie". Biorąc pod uwagę poważne obrażenia pisarza, trudno jednak sobie wyobrazić, żeby Hemingway rzeczywiście tryskał humorem.

W szpitalu nie spędził zbyt wiele czasu. Lekarzom udało się go dość szybko postawić na nogi. Ale pech go nie opuszczał. Po wyjściu ze szpitala miał znów wypadek. Tym razem musiał się zmierzyć z pożarem buszu w Kenii, który zaskoczył go podczas wędkowania. Chciał pomóc strażakom. Doznał poparzeń drugiego stopnia. Znów trafił do szpitala.

Jesienią 1954 r. słynny pisarz otrzymał Nagrodę Nobla. Nie odebrał jej. Był zbyt obolały. Niektórzy twierdzą, że za żadne skarby nie chciał też wejść do samolotu, żeby polecieć do Sztokholmu. Nagrodę w jego imieniu odebrał ambasador USA w Szwecji. Sam Ernest Hemingway skomentował ten fakt następująco: "Żaden typek, który zdobył Nagrodę Nobla, nie napisał nigdy potem nic, co warte byłoby czytania". Autor m.in. słynnego opowiadania "Stary człowiek i morze" nie krył się z opinią, że ta nagroda "mu się od dawna należała".

Obrażenia z tych wszystkich wypadków mocno nadszarpnęły zdrowie pisarza. Przez blisko rok nie był w stanie pisać przez ból palców i dłoni. Cierpiał do końca życia. Nigdy też nie doszedł do siebie w pełni psychicznie. Miał stany lękowe, cierpiał na bezsenność. Był też alkoholikiem, miewał paranoje.

Maison de l'écrivain Ernest Hemingway à Key West en Floride en mars 1988 (Photo by Frederic REGLAIN/Gamma-Rapho via Getty Images)
Dom Ernesta Hemingwaya na Florydzie w roku 1988 (Frederic REGLAIN/Gamma-Rapho via Getty Images) © GETTY | Frederic REGLAIN

W 1961 r., siedem lat po tych wypadkach, popełnił samobójstwo, strzelając sobie w głowę z ulubionej strzelby, którą żona pod koniec jego życia chowała przed nim w piwnicy. Już wtedy miał myśli samobójcze. Nie pomagała terapia elektrowstrząsami. On sam obawiał się, że z czasem straci zdolność pisania. Bez tego nie widział sensu życia.

Po jego śmierci dom aukcyjny w Los Angeles sprzedał wyjątkową pamiątkę po Erneście Hemingwayu. To czterostronicowy list, który pisarz wysłał w kwietniu 1954 r. do swojego prawnika. Był wtedy z żoną w Wenecji. Opisał w nim dość szczegółowo obydwie katastrofy lotnicze, z których cudem wyszedł cało. List sprzedano za nieco ponad 237 tys. dolarów, czyli ok. milion złotych.

Wybrane dla Ciebie